26.07

Żyję, żyję.

piątek, 17 lutego 2017

Rozdział XXXVIII



Betowała Gaya :)


Harry wybudził się i – zanim jeszcze dotarło do niego, gdzie się znajduje – spanikował, czując, że ktoś przyciska go do kanapy. Wierzgnął na oślep, krzycząc, żeby go puścili.
– Harry, spokojnie. To my – usłyszał głos Kingsleya. – To tylko my.
Dłonie wycofały się. Harry usiadł, wciąż półprzytomny i rozdygotany. Powoli przypominał sobie, że jest w domu Dursleyów, że jego wujostwo i kuzyn zabarykadowało się w pokoju na górze, że jakby odsunął zasłony, zobaczyłby nudną, znajomą ulicę, którą nawet tego dnia omijały wszelkie magiczne katastrofy, że jest względnie bezpieczny, wśród przyjaciół, że nie jest… tam...
– Nagle zacząłeś krzyczeć i rzucać się – poinformował go Moody.
– Miałem wizję… Znaczy, byłem w głowie Voldemorta…
Był wściekły, że odesłali go do Dursleyów, więc gdy tylko znalazł się w domu, wymusił na ciotce, by dała mu swoje pigułki nasenne i położył się byle gdzie. Liczył na to, że, skoro nie pozwalają mu w niczym pomóc, może choć uda mu się podejrzeć, co Voldemort robi. Najpierw dręczyły go zwykłe koszmary, stłumione trochę przez tabletki, ale później…
Poczuł, że Kingsley wciska mu kubek do dłoni, więc uniósł go odruchowo do ust, choć dłonie drżały mu tak, że połowę płynu rozlał na spodnie.
Kakao. Ciepłe kakao.
– Co widziałeś? – spytał Moody.
– To była rzeź… Nie mieli szans.
Mugole, czarodzieje, bez różnicy. Spojrzał na świat przez oczy Voldemorta, gdy ten wracał do sali tronowej.
Shacklebolt gładził go po plecach i ten spokojny, rytmiczny ruch pomagał.
– Później przyszedł James. Chciał go zabić.
Też nie miał szans i musiał o tym wiedzieć, chyba że oszalał. To było tak głupie, tak gryfońsko durne, że Harry miał ochotę wrzeszczeć na niego, żeby się opamiętał, choć przecież bał się, przeraźliwie się bał – że Voldemort zamorduje Jamesa na jego oczach, że będzie go torturował. Miotał się więc w umyśle tego potwora, próbując cokolwiek zrobić, przejąć nad nim kontrolę choć na moment – chwilę wystarczającą by krzyknąć: uciekaj! – nie dbając o to, czy czarnoksiężnik zauważy jego obecność i czy to w ogóle możliwe.
– Chyba umarłem.
Te słowa pojawiły się same. Chciał powiedzieć: chyba ktoś go zabił, ale na pewno to nie był James. Albo nawet: chyba ktoś zniszczył jego powłokę.
Umarłem. Umarłem razem z nim. I obaj żyjemy.
– Sam-Wiesz-Kto został zabity? – upewnił się Moody.
– Daj mu chwilę… – wtrącił się Kingsley, ale Harry potrząsnął głową, przerywając mu.
– Już w porządku – wymamrotał. Ręce powoli przestawały mu się trząść. Nagle uświadomił sobie, że tracą niepotrzebnie czas. – Musimy iść po Jamesa – powiedział, podnosząc się.
Shacklebolt położył mu dłoń na ramieniu i siłą znów posadził go na kanapie.
– Ty na pewno nigdzie nie pójdziesz.
– Skontaktuję się z Zakonem – dodał Alastor i wycofał się do kuchni.
Harry tymczasem strącił dłoń Kingsleya z ramienia i spojrzał na niego gniewnie.
– Ale ja wiem, gdzie on jest! A jeśli zostali jacyś Śmierciożercy? Może zginąć, jeśli się nie pospieszymy!
Po twarzy mężczyzny przemknął dziwny grymas, zaraz jednak zniknął. Jego głos utracił łagodność sprzed chwili:
– Zostaw to dorosłym, Harry.
Następnie spojrzał w stronę kuchennych drzwi, marszcząc brwi.

***

Emily odeszła od tronu i wyczyściła magią pelerynę niewidkę. Za jej plecami niemal bezgłowe ciało Voldemorta coraz bardziej przechylało się przez poręcz – język wysunął się ze zgruchotanej szczęki i kołysał nieznacznie.
– A ciebie co tak zamurowało? – zainteresowała się kobieta.
James wzdrygnął się i wypuścił z dłoni pistolet. Przez ułamek sekundy myślał, że odbezpieczona broń wystrzeli, ale nic takiego się nie stało. Wpatrywał się w spluwę leżącą przy jego nogach zbyt wykończony, by się pod nią schylić.
– O, myślimy podobnie – skomentowała jego matka, rzucając strzelbę na kolana trupa. – Ale naprawdę, całe ramię mnie rwie. Chyba wolę różdżkę.
– Miałaś nie żyć.
– No tak, ale nudziło mi się w roli trupa.
Podeszła bliżej i objęła Jamesa. Chłopak stał nieruchomo. Nie wiedział, co czuje, nie wiedział, czy czuje cokolwiek. Emily okryła również jego peleryną, tak że znaleźli się pod materiałem oboje. Była ciepła i żywa, w końcu mogli porozmawiać – a on nie znajdował słów.
– Lucjusz też żyje?
– Bo ja wiem? Pewnie tak.
Więc to było bez sensu, ten ich cały pojedynek z Draco... Nie żeby wcześniej sens miał, ale teraz okazało się, że walczyli naprawdę bez powodu.
– Słyszałam, że zabiłeś jego syna – powiedziała lekko, ciągnąc go do wyjścia. – No w końcu.
– Mamo…
– Wiesz, za dwa tygodnie masz szesnaście lat.
Jej dłoń na ramieniu ciążyła mu, od słów czuł się chory. Denerwowało go, że musi się jej trzymać, by nie upaść.
– Co teraz? – spytał.
– Myślę o Chinach albo Indiach. Tam jeszcze nie byłam.
Zachowywała się, jakby trafili na siebie przypadkiem w jakiejś knajpie. James nie był pewien, czego się spodziewał – choć oczywiście nie tego, że spotka ją żywą – jakichś słów pocieszenia? Że będzie się przed nim tłumaczyć?
– Wolałbym do Ameryki – wymamrotał.
– No to się tam zwijaj.
O mało się nie zatrzymał.
– Nie muszę iść z tobą?
– A po co? Z magią sobie radzisz, a w tym stanie, no wybacz, tylko byś mi zawadzał.
Powinno mu być chyba przykro, ale czuł zbyt wielką ulgę. Zaraz jednak pojawiły się pytania – tak, jak wcześniej nie mógł sformułować żadnego, tak teraz – gdy szli przez odarty do gołych ścian hol – próbował zadać wszystkie na raz.
– Wiedziałaś o przepowiedni, co nie? Czemu mi nie powiedziałaś? Czemu nie powiedziałaś, że ten tatuaż spala magię? Po cholerę go usuwałaś? Nie mogłaś mnie ostrzec? Myślałem, że zwariuję. Czemu mnie unikałaś? No ja pierdolę.
Umilkł, gdy koło nich przebiegło parę osób. Mocniej ścisnęli się pod peleryną, która ledwo osłaniała ich oboje, choć naprawdę pragnął ją odepchnąć – dosłownie i nie.
– Hm – powiedziała Emily po chwili, gdy wyszli na zewnątrz. – A chciałeś pogadać? Trzeba było wysłać jakąś sowę albo wspomnieć Snape’owi, to bym cię gdzieś złapała.
James potrzebował chwili, by przetrawić jej słowa. Gdy do niego dotarły, wybuchnął histerycznym śmiechem, więc wepchnął dłoń do ust, żeby go stłumić.
Po prostu nie przyszło jej do głowy, że chciałbym porozmawiać. Merlinie, czemu o tym nie pomyślałem? Ludzie wciąż tłoczyli się w kręgu, wyglądającym na nietknięty przez magiczną burzę. Jego środek wyznaczała nieregularna bryła, w której odbijało się poranne słońce. Dopiero po chwili James uświadomił sobie, że musiał to być artefakt – skuty przez lód, unieruchomiony. Na razie niewiele osób odważyło się opuścić bezpieczną strefę wokół niego. Ominęli ich szerokim łukiem, brodząc po kostki w białym piasku.
– Więc to wszystko było przez tę przepowiednię? – spytał, gdy w końcu choć trochę się uspokoił. W jego głosie brzmiał żal. – Po to mnie urodziłaś?
– No tak. – Emily ściągnęła z nich pelerynę. Stali na wyludnionej ulicy, osłonięci przez ruiny przed czyimkolwiek wzrokiem. Przewiesiła niewidkę przez bark, jak ręcznik.
– Kurwa.
– Nie przesadzaj. Większość ludzi rodzi się w ogóle bez powodu. To dopiero przerąbane.
Wzruszył ramionami. Nie miał siły tłumaczyć jej, dlaczego się myli.
– Myślisz, że Severus żyje? – zmienił temat. Nie był pewien, czy Emily kojarzy Tonks i Chupacabrę.
Tym razem to kobieta wzruszyła ramionami. Podciągnęła rękaw bluzy, pośliniła kciuk i potarła wyblakły Mroczny Znak. Następnie sięgnęła po różdżkę i rzuciła na tatuaż zaklęcie. Linie poczerniały.
– Gadałam z gościem, co wymyślił formułę do tych pieczątek i w sumie strasznie łatwo na nich działać, jak już znasz rdzeń – wytłumaczyła. – Trochę lipa, bo każdy noszący może szpiegować resztę, no ale, to już nie mój kłopot.
– Jasne – rzucił bez cienia zainteresowania. – Znajdziesz go?
– W sumie mogę. Daj mi chwilę.
Weszli do najbliższego domu przez dziurę, która pozostała po drzwiach. James zastanawiał się, czy mieszkańcy zdołali się ewakuować – w środku znajdował się tylko piach i szczątki paru sprzętów AGD. Metalowe blachy były odarte z emulsji i jakby wypolerowane. Usiadł pod oknem, mocniej otulając się płaszczem. Emily usadowiła się obok, majstrując różdżką przy swojej ręce. Była zbyt blisko, musiał się odsunąć.
– Wróci, prawda? – spytał nagle, czując, jak żółć podchodzi mu do gardła. – Voldemort?
– Pewnie tak. Odstrzeliłam mu tylko głowę.
– Mamo.
– Hm?
– Udawaj dalej martwą.
Spojrzała w końcu na niego, wyraźnie zaskoczona.
– On chyba nie widział, że to ty zrobiłaś – wytłumaczył, zły, że nie widzi w jej oczach nawet cienia zrozumienia. – Ale jak wyjdzie, że żyjesz, to się kapnie, że go zdradziłaś. Więc, nie wiem, pojedź do tej Mongolii czy gdzie chcesz, ale używaj iluzji, fałszywych imion, no wiesz.
Uśmiechnęła się.
– Nie boję się Voldemorta, serio – powiedziała.
Ale ja się boję, pomyślał, starając powstrzymać dreszcze, które go złapały.
– To zrób to dla mnie. Chyba tyle możesz? – zaryzykował.
– Skoro chcesz.
Tak po prostu. Oparł czoło o kolana, objął je rękami.
– To może być nawet zabawne – dodała, chowając różdżkę do kieszeni bluzy. – Znalazłam go. Chcesz, żebym cię podrzuciła?
– Do kogo? – spytał. – Voldemorta?
– Nie no, do Snape’a. Dobrze się czujesz?
Nie czuł się dobrze. Nie czuł się dobrze od dawna. Ale po tych słowach zrobiło mu się trochę lepiej.
– Tak – wymamrotał, łapiąc za krawędź dziury po oknie, by się podnieść. – Chcę.
– Jesteś pewien? – Emily zmarszczyła nos. – Nie lubię gościa. Jak nie ma weltschmerzu, to się miota, jakby mu kuper rogogon podpalił.
Mimo woli się uśmiechnął.
– Trochę tak. Tylko nie pokazuj się im – zastrzegł, gdy łapała go za ramię. Nie był pewny dlaczego mu na tym zależy. Może trochę bał się, że spróbują ją zatrzymać. Tonks była aurorem… Nie zrobiłaby mu tego, wiedział, ale nie potrafił zdusić lęku.
Później im wszystko wytłumaczę, obiecał sobie.
Rozpoznał miejsce, do którego się aportowali. Chupacabra mieszkał w jednej z tych kamienic.
– Poradzę już sobie – zapewnił.
– No to cześć – rzuciła i deportowała się.
Mogłaby choć spytać, czy na pewno, pomyślał gorzko.
Tonks złapała go na schodach – zbiegła po nich przeskakując po dwa stopnie.
– Ty kretynie – powiedziała, hamując gwałtownie. Jedną ręką złapała za poręcz, drugą go objęła, o mało przy tym nie zlecieli na półpiętro. – Ty durniu jeden. Miałam właśnie wracać cię szukać.
– Wszyscy są cali?
– Severus składa Chupacabrze ręce – powiedziała, odsuwając się i oglądając go pobieżnie. – A ty?
– Trzymam się – wymamrotał, również oceniając jej stan. Miała zabandażowane czoło i lewą dłoń, ale nie wyglądało to źle.
Myślał, że spyta go, jak ich znalazł, ale zamiast tego pociągnęła go do góry, do mieszkania.
Snape siedział na obrotowym krześle odwrócony plecami do popisanego markerem monitora. Ostrożnie poruszał różdżką. Jamesowi żołądek podszedł do gardła, gdy zobaczył ręce Chupacabry. Wyglądały na zwęglone.
Gdyby Tonks nie wepchnęła go do środka, chłopak chyba by uciekł.
Severus nie oderwał wzroku od rąk nawet na chwilę.
– Co z Czarnym Panem? Potrzebujesz uzdrowiciela?
– Nie żyje. Znaczy jego ciało – wymamrotał. Tonks odetchnęła z ulgą, Snape również nieznacznie się rozluźnił. – I nie, jestem cały… Merlinie, Chupa…
Mężczyzna uśmiechnął się słabo, jakby próbował go pocieszyć.
– To tylko tak źle wygląda – stwierdził, choć był blady jak ściana. – Zresztą nic nie czuje, twój tatuś dowalił mi znieczuleniem.
– Musisz pójść do Munga – przerwał mu Snape chłodno. – Nie wiem, czy przywrócę ci pełną sprawność.
– Wolę być kaleką niż azkabańczykiem. Poza tym nieźle ci idzie.
– Bez wywaru z architnika niewiele zrobię.
James usiadł koło Chupacabry na łóżku, bo ugięły się pod nim nogi.
– Przepraszam – powiedział do wszystkich.
Przez chwilę ludzie milczeli, jakby nikt nie wiedział, co na to odpowiedzieć. W końcu ciszę przerwał Severus:
– Masz szlaban do trzydziestki.
Tonks parsknęła krótko.
– Łudzisz się, że do tego czasu wydorośleje?
– Racja. Do czterdziestu pięciu.
– Ej, nie zapędzajcie się tak – zaprotestował James schrypniętym głosem. – Jeszcze nie mam szesnastu.
– Ojejku, aż taki smarkaty jesteś? – dołączył się Chupacabra, ale niemal natychmiast syknął. Snape zacisnął mocniej szczęki i przesunął różdżkę o cal wyżej. Atmosfera znowu stała się przygnębiająca, ciężka.
James w myślach przebiegł wszystkie miejsca, gdzie mógłby dostać teraz eliksiry, ale podejrzewał, że gdyby było to proste, nie zdawaliby się na same zaklęcia. Nagle jednak wyprostował się.
– Wiecie, w Hogwarcie jest taki pokój, w którym można przyzywać leki – powiedział.
Snape skrzywił się.
– Nie ma. Wiedziałbym o nim.
– Jest – zirytował się James. – Jak kiedyś potrzebowałem maści na siniaki, Mrużka go stamtąd przyniosła. Można sobie w nim zażyczyć czegokolwiek, chyba tylko jedzenie nie przechodzi.
Mógłbym dzięki niemu uciec, uświadomił sobie nagle. Czemu nie przyszło mu to do głowy wczoraj?
– Po co ci była maść na siniaki…?
– To nieważne. – Nagle jedna jego entuzjazm zniknął. – Ale jest blisko tej ściany, którą rozwaliłem. Nie wiem, czy nie został zniszczony.
Snape milczał przez chwilę.
– W najgorszym wypadku spróbuję uwarzyć eliksir, to zajmie parę godzin – stwierdził w końcu. – Tonks, dałabyś radę dokończyć?
Kobieta skinęła głową, zamienili się miejscami. James podniósł się z łóżka, potykając lekko o leżące na podłodze skarpetki. Wyszli na klatkę schodową, żeby się deportować.
Kiedy Severus wyciągnął rękę w jego stronę, chłopak skulił się, jakby oczekiwał, że go uderzy. Na twarzy mężczyzny odbiło się zmęczenie.
– Cieszę się, że nic ci nie jest – powiedział, obejmując syna do aportacji.

***

Lusterko komunikacyjne zaczęło się nagrzewać.
– Wyciągnij mi je z tylnej kieszeni – poprosił Chupacabra. Teraz, kiedy James wyszedł, nie musiał udawać, że się trzyma. Za każdym razem, gdy patrzył na swoje ręce, brały go mdłości, a znieczulenie, choć odnawiali je co kwadrans, działało jak chciało.
W jednym jednak nie kłamał – Azkaban go przerażał.
Ciekawe, czy mógłbym liczyć na deportację?
Tonks odłożyła różdżkę i wysunęła lusterko delikatnie. Następnie spojrzała na twarz rozmówcy. Przez chwilę na jej własnej widać było lekki szok. Momentalnie jednak wzięła się w garść.
– Jestem pewna, że zaraz to wyjaśnisz – powiedziała – ale możesz wcześniej skądś zdobyć wywar z architnika?

***

Hermiona ocknęła się rano, czując, że coś chodzi jej po policzku. Przygryzła dolną wargę, żeby nie krzyknąć, po czym delikatnie złapała mysz. Armageddon spojrzał na nią niewinnie, choć była pewna, że przed snem włożyła go do klatki. Możliwe, że Alicja go wyciągnęła.
Dziewczynka spała obok niej na szpitalnym łóżku, wtulona w szatę Hermiony, którą wczoraj niemal przez godzinę obsmarkiwała. Z jej szlochów i dosyć nieskładnych tłumaczeń dziewczynie udało zrozumieć się tyle, że tuż przed aktywacją świstoklika do Kanady, mała przypomniała sobie o zostawionym w Hogwarcie zwierzątku. Wyrwała się rodzicom, którzy – jak podejrzewała Hermiona – teraz próbowali gorączkowo załatwić sobie transport do Anglii. A ponieważ ciocia, ku absolutnej grozie Granger, nauczyła siostrzenicę aportacji jeszcze przed pójściem do szkoły, dziewczynka o własnych siłach wróciła do zamku. Hermiona znalazła ją, gdy polowała na swojego gryzonia w opustoszałej bibliotece.
Dopiero, kiedy Armageddon bezpiecznie wylądował w jej rękach, do Alicji zaczęło docierać, że prawdopodobnie zrobiła coś bardzo głupiego.
I że właściwie chce do rodziców. Albo chociaż do cioci, z tym, że nie ma pojęcia, gdzie ta mieszka i czy nadal jest w kraju. Biorąc pod uwagę, że Hermiona pierwszy raz w życiu pocieszała rozhisteryzowane dziecko, chyba dobrze jej poszło.
Ostrożnie wyplątała się z objęć dziewczynki i odłożyła mysz do klatki, przy okazji sprawdzając, czy ma wodę i jedzenie. Mimo woli zastanowiła się, jak radzi sobie Krzywołap – zostawiła go Ginny, bo nie chciała zrzucać na rodziców dodatkowego kłopotu – i zganiła się za tą myśl. Akurat o niego nie musiała się martwić.
Ale pół nocy zastanawiała się, czy rodzice dotarli do wujka. Powinna zafiukać do Weasleyów i poprosić, by podrzucili ją do jakiejś budki telefonicznej, ale bała się ich pytań.
Dlaczego nie jesteś z nimi? Po co zostałaś w Hogwarcie? A jeśli faktycznie coś im się stało?
Przeszła na drugi koniec sali i sprawdziła stan Mrużki, żeby zająć czymś myśli. Należało zmienić bandaże.
Kończyła owijać nogę, gdy do sali wszedł Snape, a zaraz po nim James. Obaj zatrzymali się, najwyraźniej zaskoczeni jej obecnością. Natychmiast jednak wzrok chłopaka ześlizgnął się w dół, na skrzatkę, a na jego twarzy poczucie winy zmieszało się z ulgą.
– Żyje? – upewnił się tylko, a Hermiona skinęła głową, czując, że coś ściska jej gardło.
Alicja ocknęła się i uniosła na łokciu, dłonią trąc oczy. Szybko jednak oprzytomniała.
– James! – ucieszyła się, zrzucając z siebie kołdrę. Dopadła do chłopaka, obejmując go w pasie. Rainbow zachwiał się.
Profesor spojrzał na Hermionę z naganą, ale nie skomentował tego, że została. Bez słowa przeszedł na zaplecze.
Tymczasem James ostrożnie odsunął od siebie dziecko.
– Nie powinnaś być w domu? – spytał, wyraźnie skrępowany tym, że małej zaczęły szklić się oczy.
– Tata i mama są w Kanadzie. Widziałeś moją ciocię?
– Chyba też zwinęła się z kraju – odparł markotnie.
– James, co tu robisz? – spytała Hermiona, wstając.
Unikał patrzenia w jej stronę.
– Potrzebujemy jednego eliksiru dla mojego przyjaciela, ale Pokój Życzeń jest zniszczony – wymamrotał. – Ojciec musi go uwarzyć.
Podszedł bliżej, wciskając ręce do kieszeni płaszcza.
– To śmierciożerczy…? – wyrwało się jej.
– Co? A nie. Podróba.
Ściągnął go natychmiast i rzucił na podłogę. Coś brzęknęło, więc podniósł go i sprawdził kieszenie. Przełożył do dżinsów fiolkę z jakimś mętnym eliksirem, położył płaszcz na łóżku. Jego ruchy były nerwowe, cały zresztą był spięty. Hermiona i Alicja obserwowały go w milczeniu. Granger zastanawiała się, czy dziewczynka również zauważyła blizny na dłoniach.
Wyglądały na stare.
Snape przyznał, że James był maltretowany, ale nigdy nie myślała…
Zmusiła się, by zachować obojętny wyraz twarzy, gdy do niej podszedł.
– Mogę pomóc? – spytał.
– Właściwie już kończyłam. Skóra ładnie odrasta, ale jeszcze musi przez parę dni być nieruchoma, więc dyrektor…
– głos załamał się jej, z trudem przełknęła ślinę – …dyrektor umieścił ją w magicznej śpiączce.
– Rozumiem.
Stał, wpatrując się w zabandażowaną skrzatkę ze smutkiem. Chciała spytać go, co się wydarzyło. Czemu walczył z Draco. Czy naprawdę go zabił. Co się działo poza Hogwartem.
– James. – Alicja złapała go za rękaw koszuli i pociągnęła materiał do góry. – Co ci się stało w ręce?
Chłopak przez chwilę patrzył na nią bez zrozumienia, ale w końcu się uśmiechnął.
– Miałem mały wypadek.
Chciała spytać go o tyle rzeczy, ale nie była pewna, czy nie zbyje ją identycznym uśmiechem. Poza tym nie wiedziała, co zrobi, jeśli chłopak potwierdzi najgorszą wersję – przecież go lubiła i nie potrafiła tak nagle przestać. Ale jak mogła by lubić mordercę?
Musiały istnieć… szczególne okoliczności… ale nie miała odwagi, by o nie zapytać. Jeszcze nie.
Snape wypadł z zaplecza, wyraźnie zirytowany.
– James, pomożesz mi w szklarni.
– Też pójdę – zaoferowała natychmiast. – Alicjo, zostaniesz z Mrużką? Gdyby coś się stało, wezwij skrzata.
Dziewczynka skinęła głową, puszczając koszulę Jamesa. Ten obciągnął rękaw bezmyślnym gestem.

***

Kingsley miał wrażenie, że od wielu dni spadał – skokiem w przepaść było pierwsze spotkanie z Williamem poza Ministerstwem – a upadek trwał tak długo, że niemal pomylił go z lotem i uwierzył w pomyślne lądowanie.
Właśnie zobaczył dno i złudzenia się rozwiały.
Moody zachowywał się dziwnie, nawet jak na niego. Chyba dlatego Kinsgley złamał swoje zasady – po raz kolejny, łamał je tak często, że jego kręgosłup moralny był już chyba zgruchotany – i wykorzystał sztuczkę, którą poznał parę miesięcy temu, przeciwko przyjacielowi. Alastor był żywą legendą i naprawdę zasługiwał na to określenie, ale miał już swoje lata. Nie powinien wracać do zawodu po wydarzeniach w Hogwarcie. Gdyby tylko nie wrócił…
Kingsley stał w łazience, koło ściany przylegającej do kuchni. Czubkiem różdżki dotykał jasnoniebieskich kafelków, oczy miał przymknięte.
– Nie zrobię mu krzywdy, Tonks – zapewniał Alastor ze zmęczeniem w głosie. – Zaufaj mi ten ostatni raz.
Głos z lusterka był zniekształcony, to zaklęcie podsłuchowe niezbyt dobrze radziło sobie z dźwiękiem już wcześniej przetworzonym przez magię. Kingsley musiał się skupić, by rozróżnić poszczególne słowa.
– A myślisz, że dlaczego chciałem, żebyś została jego kuratorką? Potrzebowaliśmy kogoś pewnego.
Shacklebolt nie zrozumiał kolejnych słów Tonks, ale rozpoznał ton. Kobieta była wściekła.
– Nie mogłem. Zresztą, nie planowaliśmy wciągać cię tak głęboko. Nie sądziłem, że zareagujesz dostatecznie szybko na świstoklik. Choć chyba powinienem, skoro byłaś moją uczennicą.
Aurorka milczała.
– Tonks, jeśli on teraz ucieknie, zrobią z niego kozła ofiarnego. Wiesz, że Knot nie będzie miał oporów. Teraz jeszcze mogę mu pomóc. Kingsley poczuł obezwładniającą ulgę, gdy nie zrozumiał jej odpowiedzi. Mógł udawać, że zrobił wszystko, co trzeba – skoro jednak nie wiedział, gdzie jest ten chłopak…
– Dziękuję, Tonks. Eliksiry trzymam w salonie, hasło do domu to obsydian, a do apteczki tentakula, zabezpieczenia cię rozpoznają. Spotkamy się w Hogwarcie… Jeśli będę musiał go gdzieś zabrać, zostawię ci wiadomość, wiesz gdzie jest portret sir Gregory’ego? Tak, ten… Rozumiem. Przykro mi, że nie mogłem powiedzieć ci wcześniej... Charles był kluczem do paru ważnych ludzi... Rufus nigdy nie zgodziłby się na wdrożenie w sprawę osoby z twoim stażem. Nie, nikt się tego nie spodziewał. Do zobaczenia.
Shacklebolt odsunął różdżkę od ściany. Było mu niedobrze.
James był w Hogwarcie. Jeśli ucieknie… Jeśli Moody zacznie go ochraniać… To mógł być ostatni moment…
Tonks miała rację. Nie było pewności, że przepowiednia już zdążyła się wypełnić. Nie było pewności, że to koniec świata. Voldemort został chwilowo pokonany, więc może to tylko zapowiedź, preludium do tego, co stanie się za rok albo dziesięć lat.
Kingsley czuł, że bolą go płuca, jakby nałykał się wody. Chciał porozmawiać z Williamem, ale ten przepadł, a z resztą jego ludzi nie utrzymywał bliższych kontaktów. Nie mógł więc na nikogo zrzucić tego ciężaru.
Nie chciał zabijać dzieciaka bardziej niż kiedykolwiek. Rainbow nie był już chłopcem ze zdjęcia, nie był nawet chłopcem, któremu kiedyś podał veritaserum, jakby liczył, że dzięki temu odkryje coś, co uczyni morderstwo łatwiejszym. Tonks na nim zależało, Harry’emu też, jak zdążył się zorientować.
Znienawidzą mnie, jeśli to zrobię.
Ale jeśli tego nie zrobi – ile osób umrze?
Usłyszał, tym razem bez pomocy zaklęć, że Harry rozmawia z Alastorem w salonie. Znowu się kłócili. Odkręcił więc wodę i umył spocone ręce oraz twarz.
Jako auror powinien być przyzwyczajony do podejmowania trudnych decyzji.
Chyba po prostu był kiepskim aurorem.
Moody czekał w drzwiach, kiedy wyszedł z łazienki.
– Zajmij się tu wszystkim – powiedział, a Kingsley skinął głową sztywno. Podświadomie liczył na to, że mężczyzna zapyta, dlaczego stał w łazience nieruchomo jak manekin, że magiczne oko go zdemaskuje, ale Moody wydawał się rozkojarzony. – Przyślę ci wsparcie, gdy tylko będę mógł. Harry, zostań tu. – Przez chwilę wyglądał, jakby zastanawiał się, czy powiedzieć coś więcej, ale w końcu rzucił tylko: – I zachowajcie czujność.
Potter odwrócił się do Kingsleya, gdy tylko usłyszeli trzask deportacji za drzwiami wejściowymi.
– On poszedł do Jamesa, prawda? Wiesz gdzie?
– Wiem – odpowiedział mężczyzna bezmyślnie.
– Zabierzesz mnie tam? Proszę.
– Po co?
– Bo… – Harry zawahał się. Przeczesał włosy nerwowym ruchem.
– Powinieneś zostać z rodziną, będziesz bezpieczny.
Nie chcę, żebyś widział, jak go zabijam.
– Nie chcę być bezpieczny – warknął chłopak. Zaraz jednak westchnął ciężko. – Chcę mu coś powiedzieć. Znaczy, oprócz tego, że jest idiotą.
Nie mogę go zostawić, pomyślał Kingsley. Złapie Błędnego Rycerza albo zrobi coś równie głupiego. A jeśli go ogłuszę albo spetryfikuję, będzie zupełnie bezbronny.
– Dobrze – powiedział. – Skoczymy tam razem.
Nie rozpoznawał własnego głosu. Brzmiał głucho, obco.
– Chodzi mi o to… Czekaj, zgadzasz się?
– Tak, pospieszmy się.
Aportowali się od strony Zakazanego Lasu i pierwszym, co zauważył Kingsley, była prowizorycznie zabezpieczona wyrwa w Hogwarcie. Harry nie zwrócił na nią najmniejszej uwagi, wyrywając się do przodu, ale Kingsley zatrzymał się na moment potrzebny do zaczerpnięcia oddechu.
Miał wrażenie, że czuje to samo, co fotograf, który kiedyś stanął na skraju wypalonej przez magię pustyni.
Harry wciąż był dzieckiem, nie uzyskał przeszkolenia aurorskiego, nie rozumiał, jak potężne czary zostały przerwane, jak nieludzkiej siły wymagał ten akt. Nie bał się.
Czym jest James Rainbow?
Człowiekiem, odpowiedział sobie Kingsley natychmiast. Nie zapominaj, że jest człowiekiem.
Powlókł się w stronę Hogwartu, przy każdym kroku walcząc ze sobą.
Był pewien, że Alastor nie miał nad nimi zbyt wielkiej przewagi, ale złapali go dopiero w holu. Stał po drugiej stronie pomieszczenia, trochę bokiem do wejścia i tłumaczył coś Severusowi. Była też ta dziewczyna, którą Shacklebolt często widział na zebraniach Zakonu – Hermiona, przypomniał sobie – trzymała kosz wypełniony świeżo zerwanymi roślinami. I James. Chyba James, widział tylko jego plecy, tył głowy…
– James – rzucił Harry, rozpraszając wątpliwości mężczyzny.
Snape spojrzał w jego stronę, Rainbow też zaczął się obracać…
Nie dam rady rzucić Avady, pomyślał Kingsley w trakcie unoszenia różdżki i momentalnie zmienił chwyt, przecież tego nie chcę.
Ale znał więcej czarnej magii niż powinien – każdy auror znał – a nie wszystkie klątwy wymagały takiego skupienia jak Avada.
Zaklęcie uderzyło dzieciaka pod skosem, w bark i plecy, częściowo, ale nie w kręgosłup, jak celował, bo nie usłyszał trzasku.
Cholera, pomyślał, nie umrze natychmiast. Nie chciał sprawiać mu więcej bólu, niż było to konieczne.
Harry szarpnął go za nadgarstek, Hermiona upuściła kosz, wyciągając różdżkę, Severus był już na klęczkach przy synie – dziwne, zapomniał, że to jego syn – a Moody rzucił zaklęcie, ogłuszające, patrząc po kolorze.
W końcu spadłem, pomyślał z zaskakującym spokojem Kingsley, tuż przed tym, nim go dosięgło.

***

Niemożliwe, pomyślał Snape głupio.
Usunął czarem koszulę Jamesa, odsłaniając skórę, po której klątwa rozlewała się jak fioletowy atrament po pergaminie. Znał ją, musiał czymś spowolnić – zanim zatruje płuca, serce, inne narządy.
James miał przy sobie eliksir żywej śmierci, ale zostawił gdzieś płaszcz.
– Granger – warknął mężczyzna. – Wiesz, gdzie się rozebrał? W kieszeni płaszcza miał eliksir. Przynieś mi go.
Jeśli nie zgubił.
Dziewczyna przebiegła parę kroków, ale zatrzymała się gwałtownie.
– Włożył go do spodni – rzuciła.
Miał ochotę krzyknąć na nią, że powinna o tym powiedzieć od razu, ale to również byłoby stratą czasu.
Przewrócił chłopaka na plecy, ignorując jęk protestu, i wyciągnął fiolkę. Odkorkował ją zębami, równocześnie rzucając na gardło Jamesa zaklęcie uniemożliwiające zakrztuszenie. Następnie wlał mu cały do ust, zacisnął nos chłopaka, siłą zamknął szczękę.
Przełknij, prosił w myślach. Po prostu przełknij.
James szarpnął głową, ale w końcu to zrobił. Przestał się ruszać, a jego oddech stał się niewyczuwalny.
Przez sekundę Snape miał wrażenie, że go zabił. Zmusił się jednak do działania, przetoczył bezwładne ciało chłopaka na bok, obejrzał plecy. Klątwa rozchodziła się dużo wolniej, lecz nieustannie.
– Kurwa, kurwa, kurwa.
– Boże… Mung? – spytała Hermiona, ale Moody odpowiedział za niego:
– Aportacja go zabije. Kominek… może. Wezwę uzdrowicieli.
Za wolno, pomyślał Snape. Nie zdążą.
Poderwał się na nogi i rzucił na syna zaklęcie lewitujące. Gdzieś na skraju świadomości rejestrował, że Alastor zajął się Shackleboltem, że Potter coś do niego mówi – ale to było nieistotne.
– Mam… – zaczął, ale zapomniał dokończyć zdanie. Zbyt skupiony był na lewitowaniu Jamesa do lochów.
Szybko. Szybciej.
Przekręcił go na brzuch nad swoim łóżkiem i zakończył czar gwałtownie. Doskoczył do lustra, gdzie jego odbicie szczerzyło się wrednie, wepchnął w nie dłoń. Dalej – schowek, eliksiry. W tym te, które James ukradł ze szpitala. To było tak dawno. Przesuwał je drżącymi dłońmi, zanim nie znalazł fiolki wypełnionej błękitnym płynem. Wrócił do sypialni, upuścił i podniósł, wściekły, że ręce się go nie słuchają.
Gdy wylał eliksir na siną skórę, usłyszał syk, jakby polewał wodą rozgrzaną blachę.
Moody minął go, przez chwilę grzebał w schowku, nim wrócił z resztą potrzebnych specyfików. Severus nigdy nie lubił tego mężczyzny, ale teraz był wdzięczny, że tutaj jest – znał się na rzeczy, może nawet lepiej niż on sam.
Działanie eliksiru żywej śmierci zaczęło mijać przerażająco szybko, jakby klątwa wysączyła go z organizmu.
Najpierw wrócił oddech, później James zaczął się szarpać.
– Przytrzymajcie go – rozkazał Potterowi i Granger, którzy stali w drzwiach, bladzi i przerażeni.
Wiedział, że istnieje jakieś zaklęcie, którym mógłby przywiązać syna bezpiecznie do łóżka, ale nie mógł go sobie przypomnieć.
Niemożliwe, pomyślał ponownie, gdy oddech Jamesa stał się nieregularny. Nie może teraz umrzeć przez klątwę jakiegoś fiuta.
Po wszystkim, co dzisiaj przeżyli. Po tym, jak przetrwał pieprzonego Czarnego Pana.
– Coś mówi – zauważył Potter. – Chyba majaczy.
Nikt nie zareagował na jego słowa.
Niemożliwe, powtórzył w myślach Snape po raz trzeci, jakby to też był czar, jakby mógł zakląć rzeczywistość.
Podziałało ostatnim razem, gdy chłopak poszedł do Voldemorta.
Nagle Snape odkrył, że jego dłonie są puste. Spojrzał na Alastora nieprzytomnie.
Zrobili wszystko, co mogli.

***

Siedział pod fałszywymi gwiazdami, oparty plecami o drzwi. Tafla wody była zupełnie gładka, odbijała wszystko, więc gdyby nie odór, mógłby nawet pomyśleć, że to piękne – galaktyka nad nim i wokół niego, kosmos rozlany aż po krańce snu. A przede wszystkim podobał mu się spokój, jaki tu zastał.
Westchnął i poruszył się, wywołując drobne fale.
Za drzwiami czekał Snoopy i… nie tylko on.
James wcale nie chciał ich otwierać. Teraz, gdy wszystkie elementy znalazły się za murem, nie było tu już niczego strasznego. Został tylko on.
Co, jeśli nigdy ich nie otworzę?
Próbował myśleć logicznie, chłodno. Stan jego zdrowia nie zależał od stanu jego psychiki, więc ta decyzja nie powinna w żaden sposób wpłynąć na proces leczenia. Raczej. Chyba.
Ale mógł się nigdy nie wybudzić, nawet jeśli fizyczne obrażenia zostałyby wyleczone. Nie widział żadnej innej drogi ucieczki, a wiedział – po prostu wiedział – że tym razem sen nie skończy się, póki nie wyśni go do końca. Już i tak zbyt długo z tym zwlekał.
Mógłby po prostu tu zostać. To była kusząca myśl. Próbował wymyślić choć jeden powód, dla którego miałby wrócić do prawdziwego świata, ale wszystkie wydawały mu się błahe i wymuszone. Byli tam ludzie, których lubił, ale większości wstydził się teraz spojrzeć w oczy. Magia? Miał jej dość na resztę życia. Muzyka? Książki? Potrafił się bez nich obejść. Nie pamiętał już nawet, kiedy ostatni raz przeczytał jakąkolwiek powieść dla przyjemności. Chyba jeszcze przed poznaniem Tonks.
A teraz miał zostać zbiegiem i uciec… Gdzie? Do Ameryki Południowej, tak jak matka piętnaście lat temu? A może do Meksyku? Mógłby pójść do Javiery i powiedzieć: Patrz, oto jestem, gówniarz od Voldemorta. Nazwałaś syna moim imieniem.
Czy może zaufać temu aurorowi z magicznym okiem – nie pamiętał, jak się przedstawił – i tłumaczyć Wizengamotowi, bandzie obcych ludzi, że wcale nie jest złym człowiekiem? Przecież mu nie uwierzą. Sam by sobie nie uwierzył.
James skulił się i oparł czoło o kolana.
Naprawdę nie chciał otwierać tych drzwi.
Ale obiecał, że wszystko naprawi. Ile razy już w życiu to powiedział? I zawsze przy tym wierzył, że może teraz się uda. Ten jeden, jedyny raz.
Naprawdę traktował poważnie swoje obietnice, tylko nie potrafił ich dotrzymywać.
Wyprostował się i odetchnął głębiej. Trochę go przez to zemdliło.
To byłoby nie fair, gdyby się teraz poddał. Chupacabra, Tonks, ojciec – wszyscy ryzykowali jak cholera, żeby go odciągnąć od Voldemorta. Wiedział, że byliby źli, gdyby odkryli, co on teraz wyrabia.
Chupa miał przez niego spalone ręce.
Wstał powoli i wymacał klamkę.
Naprawdę, naprawdę nie chciał…
Nacisnął ją.
Oślepiło go światło, więc musiał zamknąć oczy i zasłonił je dłonią. Przez chwilę stał nieruchomo, oddychając płytko. Powietrze było gorące i suche, nie miało zapachu. Pod powiekami widział kolorowe plamy – znikały powoli, nawet gdy otworzył oczy, więc dłuższą chwilę niemal niczego nie mógł zobaczyć.
W końcu przywykł na tyle, by się rozejrzeć. Stał na środku białej, gładkiej jak stół pustyni. Przykląkł ostrożnie i nabrał na dłoń garść pyłu – kojarzył mu się z czymś, ale nie potrafił uchwycić tej myśli.
Przy okazji zauważył, że jego ubranie jest suche. Powąchał rękaw koszuli, ale wyczuł tylko proszek do prania.
Wstał i otrzepał dłonie. Nie wiedział, dokąd ma iść – równina wszędzie wyglądała tak samo, na niebie nie było chmur. Wreszcie więc wsunął ręce do kieszeni i ruszył przed siebie, tak, aby mieć słońce za plecami. Na początku szedł wolno, obawiając się, że inaczej nawdycha się pyłu, ale szybko zorientował się, że nie ma to znaczenia. Jego kroki niemal nie naruszały powierzchni, a ślady znikały w okamgnieniu. Gdy odwrócił się, żeby spojrzeć za siebie, nie zauważył ani jednego.
Jakbym stał w miejscu, pomyślał ponuro.
Nie potrafił określić upływu czasu, bo słońce nie poruszało się wcale, jakby przyśrubowane do firmamentu.
Próbował liczyć, ale szybko mu się to znudziło. Zresztą, nie wiedział, czy czas spędzony tutaj odpowiada realnemu, więc nie miało to znaczenia.
W końcu zauważył coś czarnego w oddali, z tej odległości nie większego niż pudełko od zapałek. Z ociąganiem ruszył w tamtą stronę. Dręczyło go złe przeczucie.
Na równinie leżały rozkładające się szczątki psa. James stanął nad nimi i nogą odgonił muchy. Starał się oddychać płytko, ustami.
Zwłoki nie pasowały do tego miejsca. Powinny się zasuszyć, a nie gnić. Poza tym zbyt wiele oblazło je robactwa. Gdziekolwiek spojrzał, coś żerowało, wewnątrz i na zewnątrz.
Po drugiej stronie psa przykucnął Snoopy, oparł podbródek na dłoni. Ubrany był w krótkie spodenki i błękitną koszulkę. Ręce miał odsłonięte, ale James nie zauważył żadnych blizn. Przez chwilę obserwował go spod przymrużonych powiek.
Snoopy zanurzył palec wskazujący w brzuchu zwierzęcia i przesunął go powoli w stronę pyska. Wyglądał na znudzonego.
W końcu uniósł dłoń do oczu i obejrzał ją, choć bez większego zainteresowania. Wreszcie spojrzał na Jamesa – w ten sam sposób, w jaki wcześniej patrzył na psa.
– Pierwsze pytanie. – Znów wyprostował palec i pokazał mu go. Ropa zwierzęcia spływała powoli w stronę nadgarstka. – W jakim języku mówili aurorzy?
– Po portugalsku – odpowiedział James ostrożnie. Zmarszczył brwi. – Nie, rozumiałem ich. Więc po hiszpańsku?
Snoopy przechylił głowę.
– Błąd – stwierdził. – Rozumiałeś jednego.
James odkrył, że leży na boku, zwinięty w kłębek. Znajdował się w piwnicy, kątem oka widział prostokątne, zakratowane okienko, które w większości zasłaniała trawa. Ściany były wilgotne, obrośnięte pleśnią, a w niektórych miejscach na kamiennej posadzce woda tworzyła płytkie, mętne kałuże.
Chłopak spróbował się poruszyć, ale nie udało mu się. Nie mógł kontrolować ciała, w którym się znalazł. Należało do Snoopy’ego.
To wspomnienia?, pomyślał zdezorientowany.
– Wystarczy? – spytał człowiek, którego nie widział.
Snoopy obrócił się na plecy i wsunął ręce pod kark. Stali nad nim dwaj mężczyźni w karnawałowych maskach. Obie zakrywały całe twarze, poza tym różniły się znacznie. Jedna była elegancka, niemal oszczędna w zdobieniach – złoty, symetryczny wzór na czarnym tle, parę krótkich piór i dwa okrągłe dzwoneczki zawieszone przy lewej krawędzi. Druga maska przypominała głowę ptaka z potężnym dziobem i okazałym pióropuszem. Wyglądała na bardzo ciężką.
Obaj mężczyźni trzymali różdżki.
James poczuł, że wpada w panikę.
– Nie – powiedział Snoopy spokojnie. – Moja mama jest mądra, od razu zobaczy, że oszukujecie.
Człowiek w ptasiej masce powiedział coś niezrozumiałego do drugiego, ale ten zbył to machnięciem ręki.
– Marny z ciebie aktor, fakt – rzucił wesoło – ale pozmieniam trochę wspomnienia, dodam więcej krzyków i krwi, i powinno być nieźle.
– To też zobaczy.
Snoopy leżał nieruchomo, wpatrując się w sufit. Myślał.
– Musicie kogoś naprawdę torturować. Kogoś, kto będzie wyglądał jak ja. To da się zrobić, prawda? Eliksirem. I jak moja mama to zobaczy, to wtedy przyjdzie, gdzie będziecie chcieli.
Mężczyzna z dzwoneczkami syknął gniewnie i schował różdżkę do kieszeni jasnych dżinsów.
– Nie jesteśmy bandytami – rzucił i pochylił się nad Snoopym. James poczuł, że wszystko w nim zamiera, ale mężczyzna tylko postawił chłopca na nogi.
Snoopy roztarł ramię, patrząc na niego z zadumą.
– W sumie co ci szkodzi? – spytał. – Jak weźmiesz jakiegoś mugola i później zmienisz mu pamięć, to tak, jakbyś nic mu nie zrobił. Wystarczy, że użyjesz klątw, które nie zostawiają śladu.
James uświadomił sobie, że znowu stoi na pustyni. Serce biło mu jak szalone, a ręce dygotały. Usłyszał za plecami warkot, więc powoli się obejrzał, starając nie wykonywać przy tym zbyt gwałtownych ruchów.
Martwy pies stał na szeroko rozstawionych łapach i patrzył na niego oczodołami pełnymi larw.
– Drugie pytanie – usłyszał Rainbow, choć nigdzie nie widział Snoopy’ego. – Czy byłeś przerażony?
– Musiałem być – wymamrotał, nie spuszczając spojrzenia ze zwierzęcia. Natychmiast jednak uświadomił sobie, że to kłamstwo. – Byłem wściekły – powiedział zaskoczony.
Tym razem zachował swoje ciało. Znajdował się w niedużym pokoju, który, choć urządzony po spartańsku, sprawiał przyjemne wrażenie. Snoopy leżał na łóżku – zwykłym łóżku, nie pryczy – z dłońmi skrzyżowanymi pod karkiem i zamkniętymi oczami. Pod oknem zabezpieczonym i kratami, i moskitierą stało biurko. James podszedł do niego niepewnie, przeczytał tytuły książek ułożonych w stosie. Większość była po hiszpańsku, parę po angielsku, same bajki – część napisana przez mugoli, część przez czarodziejów. Obok nich ktoś posadził misia w pióropuszu.
Rainbow podniósł zabawkę zafascynowany.
– Marcos go przyniósł – powiedział Snoopy. – Wiesz, po co?
– Dorośli dają czasem dzieciom zabawki, żeby się nie bały – stwierdził, nawet nieszczególnie zaskoczony, że chłopiec zdaje sobie sprawę z jego obecności.
– Czego miałbym się bać?
James odłożył misia i usiadł na blacie. Snoopy podniósł się i oparł o ścianę. Patrzył na niego z cieniem rozbawienia w oczach.
– Że zrobią ci krzywdę.
– Nie zrobią.
– Jesteś pewny?
– Mhm. – Chłopiec znów się położył. – Jestem od nich silniejszy. Dużo, dużo silniejszy.
Rainbow przełknął ślinę, bo nagle zaschło mu w gardle.
– To nie wystarczy – powiedział.
– Zawsze wystarcza. Zresztą, jak chcą się kłócić, to robię im to, co zwierzętom. Ludzie nie różnią się od zwierząt, wiesz?
James milczał.
Snoopy przewrócił się na brzuch i spojrzał na niego.
– Marcos wyciszył pokój i w ogóle nie słychać krzyków. Chciałem posłuchać.
Pustynia nie zmieniła się w żaden sposób, ale przynajmniej pies nie warczał. Snoopy siedział po turecku i głaskał go obojętnym, mechanicznym ruchem.
– Jakie jest następne pytanie? – spytał James ze znużeniem.
– Pytanie trzecie: jak robisz to zwierzętom? – Snoopy nawet na niego nie spojrzał.
Był pewien, że miejsce znowu się zmieni, ale nic się nie stało. Wciąż stał na równinie, chłopiec siedział przed nim a pies leniwie machał ogonem.
– Wybieram któreś, później sięgam po magię i to po prostu się dzieje – odpowiedział wreszcie. – Nic skomplikowanego, tylko boli.
Snoopy skrzywił się z irytacją.
– W jaki sposób wybierasz? – powiedział tonem, który sugerował, że to ostatnia podpowiedź, na jaką może liczyć.
James wzruszył ramionami.
– Patrzę na niego. To zawsze jest ten, na którego patrzyłem przed zamknięciem oczu.
Poczuł, że po plecach przebiega mu dreszcz. Miał wrażenie, że poznał kolejne pytanie, zanim jeszcze Snoopy je zadał.
– Pytanie czwarte. – Chłopiec ziewnął. – Co, jeśli nie będziesz mógł patrzeć?
Mężczyzna miał założone kajdany tylko na rękach. Długi łańcuch łączył je z metalowym kołem, przymocowanym do ściany. Więzień siedział na niedawno wyczarowanym łóżku, które nie pasowało do obskurnej piwnicy – drewno pachniało, jakby zostało świeżo ścięte. Mężczyzn był bosy, a Marcos właśnie leczył jego nogi. Drugi auror, ten w ptasiej masce, stał przy drzwiach z różdżką w ręce.
James – w ciele Snoopy’ego – przystanął obok niego.
– Mama nie przyszła? – spytał.
– Nie. Cały czas sprawdzamy, czy zaklęcie nie zostało naruszone, ale nikogo nie było w punkcie. Oprócz paru małp. – Marcos wzruszył ramionami. – Możliwe, że jeszcze nie widziała wspomnień.
– Widziała – stwierdził Snoopy, przeciągając sylaby. – Po prostu nie zrobiły na niej wrażenia.
– Ta suka was zabije – rzucił więzień z wyraźną przyjemnością. – Urżnie wam fiuty i wepchnie do gardeł.
Znam go, pomyślał James nagle.
Marcos prychnął.
– Nie przeklinaj przy dziecku – rzucił. W tych okolicznościach zabrzmiało to absurdalnie.
– Mama was zabije – zgodził się Snoopy. – Bo wy jesteście słabi, więc nie możecie jej zabić.
– Nie zamierzam zabijać twojej mamy – w głosie Marcosa pojawiła się irytacja. Spojrzał na chłopca ponad ramieniem. – Mówiłem ci przecież.
– Ja chcę ją zabić.
Czemu?, pomyślał James. A czemu nie?, dodał zaraz po tym. W końcu był na nią zły.
– O tym też rozmawialiśmy – wymamrotał Marcos, ale jakby bez przekonania.
– Chcę jej uciąć fiuta i wepchnąć do gardła – dodał Snoopy.
– To mogłoby być trudne.
Zostawiła mnie, myślał Rainbow ponuro. Pal licho Peru, ale nie przyszła też później. A przecież ci dwaj kretyni naprawdę nie byli dla niej wyzwaniem.
– Musieliście coś schrzanić przy torturach. – Snoopy skrzywił się. – Jakbyś pozwolił mi oglądać, to bym ci powiedział, co jest nie tak. Zawsze oglądałem, jak mama kogoś torturowała.
Auror zesztywniał nagle.
– Vinícios, leve-o para seu quarto – powiedział martwym głosem.
Vinícios przytaknął i położył mu dłoń na ramieniu. Snoopy spojrzał z niechęcią na jego ptasią maskę. W tej samej chwili więzień kopnął Marcosa z całej siły w pierś, równocześnie wyrywając mu różdżkę. Vinícios zareagował momentalnie. Odepchnął chłopca w głąb korytarza i zasłonił, równocześnie próbując rzucił osłonę. Klątwa przebiła go na przestrzał i na twarz Snoopy’ego prysnęła gorąca krew. Zamknął odruchowo oczy.
Nie, idioto!, wrzasnął James w jego głowie.
Nie zdążył ich otworzyć – przecięła je następna klątwa.
To boli, pomyślał Rainbow ze zrezygnowaniem. Więc mam znowu przez to przejść?
Przez chwilę miał jeszcze nadzieję, że wspomnienie urwie się, zanim więzień do niego podejdzie, ale szybko ją stracił – Snoopy nie był miłym dzieckiem. Nie chciał niczego mu ułatwiać.
Rainbow zmusił się, żeby otworzyć oczy i spojrzeć na bezchmurne niebo. Nie miał siły, żeby wstać, nie miał ochoty myśleć. Bolało go gardło, jakby od krzyku.
Snoopy przykucnął koło jego głowy i szturchnął go w skroń tym samym palcem, którym grzebał w psich wnętrznościach.
– Pytanie piąte – powiedział. – Czym uderzył cię w głowę?
– Pieprz się.
Chłopiec patrzył na niego obojętnie.
– Nie wiem – wymamrotał James. Uświadomił sobie, że płacze. – Nie wiem. Nie pamiętam. Proszę. Naprawdę nie wiem.
Snoopy wciąż mu się przyglądał.
Chłopak uniósł rękę, choć było to niemal ponad jego siły, i ukrył twarz w zgięciu łokcia. Szlochał, nie potrafiąc się uspokoić.
Wokół krążył pies, wyraźnie zaniepokojony. Za nim podążały muchy.
W końcu James zmęczył się płaczem. Opuścił rękę na pierś i stwierdził głosem wypranym z uczuć:
– Kopnął mnie. Miał na nogach jakieś ciężkie buty.
– Pytanie szóste – powiedział Snoopy, ale to James dokończył.
– Dlaczego nie był boso? – spytał.
Znów pokój z bajkami i misiem. Rainbow siedział na biurku, tak jak poprzednio. Nie miał ochoty nawet unieść głowy. Snoopy wdrapał się na blat koło niego, przesuwają książki. Marcos wszedł właśnie do pomieszczenia, trzymając w ręce talerz z obiadem. Nie miał maski.
Był młody – zaskakująco młody – i chyba przez to kojarzył się Jamesowi z Tonks.
– Żadnego torturowania mugoli – zaznaczył, zanim Snoopy zdążył się odezwać. – Wywalą mnie za to z roboty.
– I tak cię wyrzucą.
– Uwierz, nie, jeśli przyprowadzę im twoją mamę.
Marcos postawił talerz koło chłopca i poczochrał jego włosy. Snoopy nawet nie drgnął.
– A złego człowieka?
– Co złego człowieka? – spytał Marcos z roztargnieniem.
– Torturowałbyś złego człowieka?
Auror spojrzał na chłopca czujnie.
– A znasz jakiegoś? – spytał, pozornie beztrosko.
– Znam Eela. On jest zły.
James zeskoczył z biurka, żeby zrobić miejsce mężczyźnie.
– Czemu tak mówisz? – spytał Marcos, biorąc do ręki misia.
– Miał się mną opiekować. Mama mu za to płaciła. Ale zamiast tego robił mi złe rzeczy.
– Jakie rzeczy? – Mężczyzna mówił łagodnie, ale Rainbow widział w jego wzroku coś nieprzyjemnego.
Chłopiec położył dłoń na brzuchu.
– To. I jeszcze inne.
To się dopiero nazywa niefortunne sformułowanie, pomyślał James.
Znów leżał na pustyni. Naprawdę źle się czuł. Nie podobała mu się ta historia. Nie chciał wiedzieć, dokąd zmierza.
– Ej, gnojku, zanim odpowiem, możesz mi jedno powiedzieć? – spytał, odwracając głowę. Chłopiec leżał obok, jak zwykle z dłońmi pod karkiem. – Matka powiedziała, że torturowała brata jednego z aurorów. Którego?
– Nie wiem.
James zamknął oczy, niepewny, czy czuje ulgę, czy rozczarowanie.
– Moja odpowiedź… – zaczął, ale kolejne słowa nie chciały mu przejść przez gardło. Długo milczał, zbierając się na odwagę. – Torturował mnie chyba parę dni, tak myślę. Był naprawdę wkurwiony, że go w to wkopałem. W pewnym momencie pewnie się przebrał.
Pies położył się pomiędzy nimi.
– Pytanie siódme: czemu dorosłych nie chroni dziecięca magia?
James obrócił się do okna i oparł ręce o parapet. Niedaleko słyszał rzekę, ale jej nie widział. Budynek stał w środku dżungli i pierwszy raz Rainbow zastanowił się, do czego służył. Wydawał się stary – chłopak bez trudu odłamał od parapetu długą, na wpół przegniłą drzazgę – i musiał zostać wybudowany przez czarodziejów, bo żaden mugol nie byłby tak szalony, aby transportować tutaj kamienie i cegły. Kraty również były stare, to nie aurorzy je wstawili.
– Powinieneś myśleć o pytaniu – zauważył Snoopy. Leżał na łóżku i czytał książkę.
– Nie podoba mi się to miejsce – stwierdził James i usiadł koło niego. Zerknął na tytuł: – Lubisz Pinokio?
– Nie, jest głupi. – Snoopy przewrócił kartkę. – Jeśli zostanie chłopcem, kiedyś umrze. Jakby był lalką, mógłby żyć ile chciał.
Jak Voldemort, pomyślał James.
– Chciałbyś być nieśmiertelny?
– Nie chcę umierać.
– To coś innego.
Chłopiec spojrzał na niego ze śladowym zainteresowaniem.
– Więc jaka jest odpowiedź? – zmienił temat.
James wzruszył ramionami i oparł się wygodnie. Na dworze hałasowały ptaki.
– Skąd mam wiedzieć?
Snoopy odwrócił kolejną kartkę.
– Nie zadaję pytań, na które nie znasz odpowiedzi. Wtedy zabawa nie miałaby sensu.
James spojrzał na drzwi, zmrużył oczy.
– Jeśli odpowiem, będę musiał tam pójść, prawda? – wymamrotał. Czuł się przede wszystkim zmęczony. Po wszystkim, co przeszedł, nie miał już siły, żeby się bać.
Chłopiec przewrócił kolejną stronę. Albo czytał bardzo szybko, jak na ośmiolatka, albo tylko udawał.
– Im lepiej człowiek kontroluje swoją magię, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że wyrwie się ona spod jego kontroli – James zacytował, dosyć swobodnie, Lawroya. – Większość ludzi opanowuje ją całkowicie do siedemnastego roku życia, stąd taka dziwaczna granica dorosłości. – Milczał przez dłuższą chwilę. – Ale ja potrafiłem to robić wcześniej.
– Dużo wcześniej – sprecyzował Snoopy z dumą w głosie. – Schodami w dół – dodał.
James wstał ciężko i powlókł się do wyjścia.
– Ostatnie pytanie – rzucił chłopiec za nim, nie odrywając wzroku od książki. – Dlaczego Eel cię kopnął?
Rainbow zatrzasnął drzwi za sobą.
Korytarz był krótki, wyłożony drewnianą klepką. Na jego końcu ziało czernią zejście do piwnicy. Powinno być w niej jaśniej, skoro na zewnątrz wciąż trwał dzień, ale James nie zdziwił się, widząc głęboką ciemność.
– Więc jednak w głąb – powiedział zrezygnowany. Obejrzał się przez ramię. – Idziesz ze mną?
Czarny pies otarł się o jego nogi i chłopak przemógł obrzydzenie, aby pogłaskać go po głowie. Mimo wszystko poczuł się odrobinę raźniej.
Schody trzeszczały, gdy schodził, i lekko chwiała się poręcz. Czuł, że z każdym kolejnym krokiem jest coraz bliżej tego, czego nie chciał pamiętać. Tego, co ukryła jego matka dawno, dawno temu. Miał wrażenie, że może już to uchwycić – wystarczy, że się skupi.
W jaki sposób się uratował? Emily po niego przyszła? Nawet jeśli zobaczyła wspomnienia aurorów, musiała się zorientować, że to nie on był torturowany – a przynajmniej chciał w to wierzyć – nie miała więc powodu, aby się zjawiać. Zresztą, biorąc pod uwagę, w jakim była stanie, gdy w końcu go leczyła – pewnie bawiła się świetnie na wojnie gangów. Podejrzewał, że trafiła do niego prosto z pola bitwy.
Czy ktoś inny wiedział o tym budynku? Przyszedł, bo aurorzy zbyt długo nie wracali do domu? Nie, James czuł, że to błędny trop. Byli sami, tylko on i Eel.
Nie mógł sprawić, żeby mężczyzna popełnił samobójstwo. Nie potrafił się aportować, zresztą, budynek pewnie był przed tym zabezpieczony. Nie dorwał się do różdżki, tyle wiedział. Nie uratowała go też dziecięca magia, bo, pod pewnym względem, nie był już wtedy dzieckiem.
Podsumowując, pomyślał, przystając. Musiałem użyć magii bez różdżki.
Właściwie od dawna wiedział, że to możliwe – aportacja, animagia, metamorfomagia, oklumencja czy legilimencja – istniało naprawdę wiele rodzajów magii, które jej nie wymagały. A jednak ta myśl wydawała się dziwaczna, nieodpowiednia, jakby w pewien sposób naruszał nią jakąś istotną zasadę. Musiał do niej przywyknąć.
Pies przy jego boku zaskomlał. James odruchowo sięgnął do kieszeni, w poszukiwaniu papierosów, ale ich nie znalazł. Przeklął i znów ruszył w dół.
– Powiedzmy – rzucił w ciemność – że faktycznie użyłem magii. Po co? Żeby zabić Eela? Wtedy po prostu bym go zabił, a nie… – Przed oczami stanęła mu pustynia. Potrząsnął głową. – W każdym razie, były prostsze sposoby. Nie chciałem go tylko zabić. Chciałem… przeżyć. – Przystanął, odetchnął, zmusił się do zrobienia następnego kroku. – Byłem w koszmarnym stanie, prawda? Znowu umierałem. Cholera, chyba mam taki nawyk. Więc umierałem i potrzebowałem uzdrowiciela. – Zwolnił. – Wiedziałem, że moja mama zna się na leczeniu. Musiałem ją znaleźć. – Zszedł z ostatniego schodka na wilgotną posadzkę. Zrobił jeszcze parę kroków i stanął. – I musiałem mieć pewność, że ona mnie znajdzie. – Położył dłoń na głowie psa, podrapał go za uchem, trzymającym się łba dzięki paru strzępom skóry. – Więc wymyśliłem, że… Więc wymyśliłem…
Stał w ciemności naprawdę długo.
– Eel kopnął mnie, bo się uśmiechnąłem – powiedział martwym głosem. – Uśmiechnąłem się, bo wymyśliłem, że jeśli magia będzie zabijała wszystko, co nie jest moją matką, to za jednym zamachem pozbędę się frajera, odnajdę ją i pokażę, gdzie jestem. W środku koła.
Poczuł na ramieniu dłoń, która na pewno nie należała do dziecka, i ktoś przy jego uchu wyszeptał:
– Czy to nie był genialny pomysł?
James wybudził się gwałtownie, wdychając powietrze jak niedoszły topielec. Leżał na brzuchu i czuł, że plecy ma całe zdrętwiałe, ale nie miał czasu, żeby się nad tym zastanawiać. Poderwał się, ignorując nagły ból w ramionach i rozejrzał półprzytomnie. Obok, w fotelu, drzemał Snape – niespokojnie, jakby też dręczyły go koszmary. Koło niego na szafce nocnej leżała różdżka. James chwycił ją, strasząc mebel, i obrócił się gwałtownie w stronę lustra. Wycelował w swoje odbicie, choć właściwie już wiedział, że jest za późno.
Szkło rozprysło się.